Loga

   Stowarzyszenia Wychowanków
   Studiów Rolniczych UJ-WSR-AR-UR w Krakowie

    Uniwersytet Rolniczy w Krakowie

plik svg - godło

X. Wspmonienia studenckich urwisów

    Było to czterdzieści, czy ponad czterdzieści lat temu. Studiowałem na II roku Akademii Rolniczej w Krakowie. Wraz z kolegami, w wolnych chwilach szukaliśmy wesołej zabawy lub rozrywki. Forsy nigdy nie było, filmy wszystkie zaliczone . Na piwo nas było stać dopiero po wypłacie stypendium. Szukaliśmy więc wesołego towarzystwa lub interesujących tematów dyskusji podczas długich wieczorów.
    Mieszkaliśmy we dwóch – ja i Andrzej - w akademiku. Jedno miejsce w pokoju było wolne. Pewnego razu sprowadził się współlokator.
 Był to Józek, student  piątego roku Akademii Rolniczej. Ucieszyło nas, że on również pochodził z tej samej wsi, co ja i Andrzej.
    Od razu nawiązała się rozmowa. Nowy kolega pytał nas o postępy w nauce i o plany na ten rok akademicki. My zaś o jego zamierzenia, o podboje miłosne. Zdziwieni dowiedzieliśmy się, że nie ma dziewczyny i nie chodzi na wieczorki taneczne, tylko cały czas poświęca nauce. Oceniliśmy, że jest cholernie przystojny: brunet, metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Jednocześnie rzucały się w oczy cechy jego osobowości. Był delikatny i nieśmiały. Gdy w dyskusjach pojawił się temat dziewcząt, jednomyślnie oceniliśmy, że w tej materii byliśmy lata świetlne przed Józkiem. Solidarnie z Andrzejem podjęliśmy postanowienie: „Pomożemy mu znaleźć dziewczynę”.
    Mama Józka regularnie przyjeżdżała w odwiedziny. Była wręcz nadopiekuńcza, bo biedaczysko nie potrafił zadbać o siebie. Matka zawsze przywoziła mu dwa pakunki: w jednym wyprane i wyprasowane odzienie, w drugim żywność – wiejskie smakołyki.   
    Pewnego razu poprosiliśmy ją do naszego pokoju. Tak pokierowaliśmy rozmową, aby zeszła na Józka. Mama zafrasowana przyznała, że Józek w szkole średniej nie uczestniczył w żadnych zabawach, potańcówkach, a nawet nie był na studniówce. To dało nam asumpt  do szybkiego działania.
    Zdarzyło się, że w koedukacyjnym akademiku przy ul. Ziaji mieszkało kilka panienek, którym szczęście dotąd nie dopisało i nie znalazły chłopaka. Jedną z nich był Marysia – dziewczyna samodzielna, energiczna, dobra studentka, zawsze przy gotówce. Jeżeli chodzi o powierzchowność była „przy kości”, miała orli nosek, do tego dosyć grube rysy twarzy. Słowem panienka o typowo góralskiej urodzie. Razem z Andrzejem doszliśmy do wniosku, że to idealny materiał na dziewczynę dla Józka. Teraz pozostał do wykonania najtrudniejszy manewr operacji: zapoznanie Józka z Marysią. Okazja zdarzyła się niebawem.
    Kilka dni później spotkałem rzeczoną Marysię na korytarzu w akademiku. Rozpocząłem rozmowę:
- Pani Marysiu czy ma Pani oczy?
Zdziwiona popatrzyła i odpowiedziała:
- O co ci chodzi?
Kontynuowałem:
- Jestem pewny , że Pani nie widzi, że  nasz znajomy kolega bez przerwy wodzi wzrokiem za Panią. 
Zaniemówiła zdziwiona, ale po chwili odzyskała rezon i spytała:
- Kto to?
- Powiem, ale gdy w nagrodę będzie piwo i wino. 
- Dobrze. Mów.
- To Józek, który od tego roku mieszka z nami. Proszę dziś po kolacji wpaść do naszego pokoju. Józek będzie obecny.
- Dobrze przyjdę.
      Wieczorem po kolacji poprosiliśmy Józka, żeby nigdzie nie wychodził, bo ma przyjść ktoś ważny.
I w tym samym momencie usłyszeliśmy pukanie do drzwi.
Chórem krzyknęliśmy:
- Prosimy!
Weszła Marysia i przywitała się z nami:
- Cześć chłopaki.
Usiedliśmy wszyscy. Zaproponowałem herbatę i ciastka.
Odezwałem się :
- Pani Marysiu. Razem z Andrzejem planujemy wyjazd w góry. Najchętniej odwiedzilibyśmy Zakopane. Niestety nie śmierdzimy groszem i nie wiemy gdzie tanio można się przespać.
Marysia na to:
- Dowiem się.
Teraz z kolei  zwróciła się do Józka:
- A, ty byłeś w górach?
- Tak. W szkole podstawowej… - odparł.
Marysia wybuchła perlistym śmiechem.

- Józku. W takim wypadku, ja ci proponuję wspólny wyjazd do Zakopanego. Będę twoim przewodnikiem. Zgoda?
Zakłopotany Józek spuścił oczy i cicho bąknął:
- Zgoda…
Marysia nadal nie ustępowała:
- Słyszałam , że ci się podobam.
Józek zamarł i poczerwieniał.
Zapytała jeszcze raz:
- Czy ja ci się podobam? Podobno wodzisz oczyma za mną. No, powiedz!
Józek milczał nadal jak zaklęty. Podpowiedziałem mu szeptem:
- Znasz  Marysię, wiesz, że jest miła i uczynna. Podoba ci się Józek, podoba ci się.  
- No, tak, tak… – z trudem wystękał Józek.
 Marysia raptownie wstała, usiadła obok Józka i pocałowała go w policzek.
Józek skurczył się. Wyglądało na to, że zaraz zemdleje, ale nie zemdlał.
 Marysia bacznie i głęboko spojrzała w oczy Józka, a następnie skierowała wzrok na szafki, w których trzymaliśmy cały nasz dobytek:
- Która, to twoja?
Józek nie domyślał się o co chodzi. Odparł:
- Ta z lewej.
Marysia nagle wstała, podeszła i energicznie otworzyła drzwiczki szafki Józka.
    Obecnych zaskoczył widok lawiny wypadających, brudnych odzieży.
U stóp Marysi leżała hałda : skarpet, slipów, koszul i zużytych chusteczek do nosa. Józek dla odmiany zbladł jak ściana, a my zamilkliśmy zawstydzeni. Marysia nie straciła pewności siebie:
 - Józiu widzę, że mogę ci pomóc. Wszystko upiorę i poprasuję.
Spojrzała na mnie i na Andrzeja, wyjęła pieniądze i krzyknęła:
 – A wy wynocha po wino!
Jak najszybciej ulotniliśmy się zostawiając ich samych w pokoju.
    Gdy wróciliśmy oboje siedzieli w posprzątanym już pokoju popijając herbatę.
    Jak przystało na obrotnych studentów błyskawicznie otworzyliśmy dwie butelki wina, nalewając do szklanek stojących na stole. Po wypiciu pierwszego toastu na zdrowie, wypiliśmy drugi za zdrowie Marysi i Józka.
Marysia spojrzała na nas wymownie. Odezwałem się do Andrzeja, puszczając mu dyskretnie perskie oko:
Andrzeju, pamiętasz jesteśmy umówieni i już spóźnieni… Idziemy do klubu „Pod Budą”…
Szybko opuściliśmy pokój.
    Gdy wróciliśmy późnym wieczorem, zdziwiony Józek wypytywał dlaczego dziś tu przyszła Marysia. Oczywiście udawaliśmy, że nic nie wiemy.
Józek nigdy nie dowidział się kto to spotkanie zaaranżował.


* * *

 
    Kilka dni po tym zdarzeniu do akademika przyjechała mama Józka, który akurat był nieobecny. Natychmiast poinformowaliśmy ją o tym, że Józek ma dziewczynę Marysię. Matka nie chciała uwierzyć. Postanowiłem doprowadzić do końca intrygę. Przeprosiłem matkę Józka, wybiegłem z pokoju i rozpocząłem poszukiwania Marysi. Spotkałem ją na korytarzu. Zmęczony zdążyłem wysapać:
- Przyjechała matka Józka… Czeka na niego w pokoju…
Panna natychmiast wyruszyła i wpadła do pokoju oświadczając bezceranonialnie:
-  Jestem Marysia. My się z Józkiem dogadaliśmy. Myślę, że mnie lubi. -Cmoknęła przyszłą teściową z dubeltówki i usiadła.
Zaskoczona matka nie wiedziała, co powiedzieć. Patrzyła tylko, kiwała głową, słuchała wylewnej panny i czekała na syna. Marysia opowiadała jak się poznali i jak dba o Józka.
W końcu powiedziała:
-  Jeżeli mamusia mu coś przywiozła, to ja mu włożę do szafki.
Nie dając starszej pani czasu na ochłonięcie, otworzyła szafkę w której było widać porządek i ład, jednym słowem rękę kobiety. Zaczęła układać przywiezione rzeczy osobiste i cały pakunek wiejskich smakołyków. Gdy skończyła, zaraz przyniosła herbatę i ciasteczka stawiając przed kobietą na stole.
    Po około godzinie przyszedł Józek. Zaskoczony skierował swe kroki do matki. Marysia była szybsza; podskoczyła do Józka i pocałowała go. Patrząc śmiało na starszą panią spytała przybyłego chłopaka:
- Lubisz mnie Józiu?
 Wszyscy troje spojrzeliśmy groźnie na studenta. Odpowiedział cicho:
- Tak, tak.
Marysia przeszła do realizacji swoich planów:
- Widzi mamusia, że się kochamy. Wesele… już zaplanowałam… ja wszystko załatwię: lokal, muzykę góralską i autobus dla moich gości.
Zerknęła na narzeczonego:
- Resztę załatwimy razem, tak Józiu?
Józek tylko pokiwał głową, co oznaczało jego akceptację.
Marysia snuła plany na przyszłość:
- Po weselu do pracy; pojedziemy na zachód Polski, bo tam w pegieerach dobrze płacą, prawda?
Józiu znów przytaknął.  
Matka nadal milczała. Wszystko co zobaczyła i usłyszała spowodowało zawrót głowy. Stał się cud: pierwszy raz w życiu zabrakło jej języka w gębie. Podniosła się i zdezorientowana wydukała:
- To ja już pojadę…
Marysia również wstała i zdecydowanie powiedziała: 
- Chodź Józiu odprowadzimy mamę na pekaes . 
   Po czułym pożegnaniu z tak niespodziewanym, acz miłym gościem, panna była niezwykle zadowolona:
- No, to wszystkie najważniejsze sprawy załatwione Józiu. Teraz chodź. Kupimy coś na wieczór. Koleżanka wyjechała, będziemy sami. Dziś śpisz u mnie. Mam już przygotowaną pościel.
    W tym samym czasie matka już zdążyła wrócić do rodzinnej wsi.  Siedziała w domu przy stole i jak wulkan wyrzucała z siebie słowa.
Musiała się podzielić z mężem nagromadzonymi emocjami.
Ten zaskoczony siedział cicho i słuchał. Oboje byli zadowoleni: toć to jedynak, uczony, nieśmiały i wreszcie znalazł swoje szczęście.
Szczęście sprzyjało Marysi i Józkowi.
    Zrealizowała wszystkie Marysine, matrymonialne plany i  doczekali , że Józiu został dyrektorem.
    A było to tak. Marysia wygrała konkurs na dyrektora pegieeru, lecz nie chciała przyjąć tej funkcji. Udało się jej  przekonać komisję, że ona woli być zastępcą dyrektora, ponieważ musi przecież prowadzić dom i opiekować się dwoma synami. Ma jednak idealnego kandydata na stanowisko dyrektora: swego męża Józefa.
                                                              
Opowiadanie oparłem na faktach            
opisał   Jan Chodziński

XI. Trzej portierzy

W akademiku (tak się dawniej nazywało dom studencki) „Blokada” – obecnie „Bratniak” – przy ul. S. Ziaji  było w latach siedemdziesiątych trzech portierów: Jan „Jasiu” Kądzioła, Aleksander „Olek” Stankiewicz i Józef „Józek”Małek. Zadaniem portiera było, między innymi,  wydawanie kluczy do pokoi, gdy studenci wracali z zajęć, zabranianie wstępu osobom postronnym (w tym także dziewczynom, niestety …) oraz zamykanie bramy wejściowej o godzinie 22- giej. Zapewne były jeszcze inne obowiązki portierów, ale te zapisały się chyba studentom w pamięci najbardziej.
    Klucze do pokoi umieszczane były w portierni, w szafce wiszącej na ścianie poprzedzielanej na małe przegrody, niczym otwarte pudełka. W tych przegrodach mieściły się także dokumenty osób odwiedzających mieszkańców (dowód osobisty, legitymacja studencka) w dniach, kiedy było to dozwolone. Wydaję mi się, że takie odwiedziny były możliwe tylko w jeden dzień w tygodniu (chyba w środę) i oczywiście w weekend. Warto przypomnieć, że weekend oznaczał w tych czasach coś innego niż obecnie, bo w soboty wszyscy pracowali do godziny 13 – tej, a na Wyższej Szkole Rolniczej (później Akademii Rolniczej) zajęcia odbywały się w salach wykładowych i laboratoriach.
    Praktyczna umiejętność, jaką nabywało się wraz z czasem zamieszkania, polegała na zastosowaniu różnych tricków, aby dokumenty koleżanki odwiedzającej kolegę w akademiku „zniknęły” (gdy odwiedziny przedłużały się do rana…). Należy dodać, że „Blokada” była akademikiem męskim i obecność kobiety była tam odbierana, jak obecność kobiety w Klasztorze Kamedułów na Bielanach. Z tym, że mnisi wyrzekają się dobrowolnie kontaktów z kobietami, a my mieliśmy 20 lat i do takich kontaktów zmierzaliśmy różnymi i licznymi drogami. Jedną z nich były przedłużone odwiedziny w akademiku, lub nawet odwiedziny w dni, gdy było to zabronione.
    Przez 3 lata byłem wiceprzewodniczącym Rady Mieszkańców (Marian Bulira był przewodniczącym, Antek Golonkiewicz był sekretarzem) i w trójkę mieszkaliśmy w pokoju nr 222. Funkcja ta upoważniała mnie do wchodzenia do portierni i zabierania złożonych tam dokumentów odwiedzających – bez potrzeby wyjaśniania portierowi dlaczego to robię. Zabierałem dowód osobisty lub legitymacje stuedencką, zanosząc je do pokoju, gdzie z radością w oczach odbierał je odwiedzany przez koleżankę kolega, lub ona sama. Robiłem to bezinteresownie, lecz zaproszenie z podziękowaniem za „przemieszczone” dokumenty na wspólne piwo z takim kolegom w „Barcelonie” (piwo podane przez kelnera Jasia…) było wydarzeniem dość częstym…
    Ile z tych odwiedzin w akademiku zrodziło się małżeństw (a może i dzieci ?) tego nie wiem. Wiem jednak, że i jedne i drugie konsekwencje odwiedzin miały miejsce. Niektórych, szczęśliwych, małżonków z tych lat spotykam niekiedy dzisiaj i żaden nie ma mi za złe historyjki z dokumentami „znikającymi” z portierni.
    Gdy byłem już na 5 – tym roku studiów do akademika wprowadziły się dziewczęta, bodajże z Wydziały Ogrodniczego. Była to odważna decyzja ówczesnego Prorektora ds. Studenckich, prof. Jana Filipka. Zamieszkały te ładne dziewczyny na ostatnim, 4 – tym piętrze, co spowodowało po pierwsze, że już nie mogliśmy chodzić po korytarzu w samych spodenkach przy porannej toalecie (na każdym piętrze była tylko jedna, wspólna łazienka), a po drugie życie towarzyskie rozwinęło się z trzech dni w tygodniu (gdy wizyty w akademiku były dozwolone) na wszystkie dni tygodnia. Zdaję się, że ilość małżeństw studenckich i rodzących się dzieci też wzrosła…
    Zamykanie drzwi wejściowych do akademika o godzinie 10 – tej wieczorem było źródłem dodatkowych (niewielkich) dochodów portierów. Wracający późną porą student (bo spotkanie z koleżanką przedłużyło się, na przykład) wręczał honorowo 5 złotych portierowi za otwarcie drzwi – choć nie było to obowiązkowe.
    Portierzy powinni czuwać w nocy, ale raczej spali siedząc w oświetlonej portierni. „Jasiu” Kądzioła mieszkał z rodziną w akademiku i co robił po 24- godzinnym dyżurze, tego nie wiem. Zapewne gdzieś pracował dodatkowo, bo pensje portierów nie były wysokie. „Olek” Stankiewicz sprzedawał kwiaty w Rynku Głównym – jeszcze przez wiele lat po przejściu na emeryturę. (Jeden z byłych Rektorów naszej Uczelni opowiada, że dzięki kwiatom zakupionym od „Olka” zdobywał zgodę rodziców swojej narzeczonej i jej samej – oczywiście – na ślub). Skutecznie. „Józek” Małek miał gdzieś gospodarstwo rolne w okolicach Krakowa.
Wszyscy  portierzy już nie żyją….
                    
Tadeusz Juliszewski

XII. O rajdach

Andrzej Pawłowski
O Rajdach, złazach i studenckiej turystyce w naszej uczelni – garść faktów i wspomnień z minionego półwiecza

 

W górach jest wszystko co kocham i wszystkie wiersze ... cd pdf

 

XIII. Studencki Rajd AR Kraków

Jan CHODZIŃSKI

Studencki rajd pieszy AR Kraków był  okazją do poznania pięknych okolic Zawoi . Już same przygotowanie do niego studentów pierwszego roku było wielkim wyzwaniem. My cepry a wielu z nas nigdy nie miało okazji uczestniczyć w rajdzie pilnie słuchaliśmy co należy z sobą zabrać ,jak się ubrać i jakie mogą nas spotkać niespodzianki. Spakowaliśmy plecaki zabierając jak się okazało i  tak za mało środków ochrony osobistej , żelaznych zapasów żywności i wygodnych lekkich butów. Wojskowe buty włożone na delikatne nogi skrobały marchewki nóg, powodując cierpienie i ból. Płaszcze deszczowe były mało praktyczne , podobnie jak parasole dziewcząt. Najlepsze były pałatki, tenisówki a jeszcze wygodniejsze trapery , niekiedy adisopodobne lekkie obuwie oraz flanelowe koszule. Zdarzało się, że koledzy zdejmowali ciężkie buciory, które musieli nieść a sami szli boso lub w skarpetkach do najbliższego sklepu obuwniczego przez niekiedy dwa dni. W tych 70 latach dwudziestego wieku wszystkim znany brak artykułów pierwszej potrzeby był bardzo dobrze znany. Notoryczny brak forsy jeszcze bardziej piętrzył trudności. Przebojowa wiara studencka jakby nie dostrzegając złej gospodarki systemu demokratyczne Polski Ludowej śpiewała i starała się żyć w miarę normalnie a dorabijąc w Spółdzielni Studenckiej potrafił zaoszczędzić na chociażby kilka rozrywek w roku. Taką był rajd tuż przed letnią sesją . Maszerując szczytami gór drugiego dnia zastał nas wieczór. Nie mając szans na dotarcie do schronisk lub pobliskich wiosek postanowiliśmy przenocować  na hali .Ponieważ nie mieliśmy namiotów , zebraliśmy stos suchych gałęzi i rozpaliliśmy ognisko . Czterech studentów a w tylu wędrowaliśmy przygotowaliśmy,,  śniadanie zeszliśmy do wsi . Kolejną noc postanowiliśmy przespać w stodole górala. Gdy znależliśmy stodołę  wypełnioną sianem i słomą baca zapytał nas o pochodzenie i czy mamy papierosy i zapałki. Dwóch z nas je miało więc poprosił by mu je sprezentować. Sadziliśmy, że je zabierze jako zapłatę za nocleg. Narzekał , że dwie paczki papierosów i zapałek to mało – niestety nie mieliśmy więcej. Gdy się upewnił , że naprawdę więcej nie posiadamy wziął wszystkie i na odchodne powiedział ,, idzcie spać,, . Nie czekając błyskawicznie rzuciliśmy się na siano robiąc w nim tunele do spania. Rano zbudził nas głód lecz wyspani czuliśmy się rześkimi , gotowymi do dalszej wędrówki . Wtedy pojawił się góral. Wystraszeni , że jeszcze będziemy musieli dopłacić za tak przyjemny , ciepły nocleg – zapytał jak się spało. Prawie jednocześnie z uśmiechem krzyknęliśmy ,,supr, wyśmienicie,,. Baca  zadowolony wyjął z kieszeni zapałki i papierosy i oddał je palaczom mówiąc ,,, widzicie teraz , że jo je wziół byście się wyspali i jo z babą a stodoła stoi i się    nie spoliła,, Wtedy zrozumieliśmy przebiegłość i mądrość górali. Kolejnego dnia wieczorem nocowaliśmy w bacówce na hali. Po przejściu około dwudziestu kilometrów byliśmy padnięci. Wypiliśmy wszystkie płyny i zużyliśmy resztki herbaty. Baca widząc jak jesteśmy padnięci poczęstował nas swoją, potem w rozmowie okazało się , że musi następnego dnia skopać część zagonu.  Na drugi dzień rano spostrzegliśmy , że góral kopie zarośniętą hale. Po przywitaniu się,, Szczęść Boże,, baca powiedzioł, że idzie do sklepu. Poprosiliśmy żeby kupił nam herbaty i oranżady. Gdy już zginął za gęstymi smrekami rzuciliśmy się do wbitego w ziemię szpadla . Gdy po trzech godzinach ujrzeliśmy jak z trudem wspina się na halę czekaliśmy na jego reakcję. Od razu spostrzegł , że zagon cały fachowo skopany. Zdjął kapelusz nisko się ukłonił i rzekł ,, śwarne z was chlopoki,,, Bóg wam zapłać,,, dobrze wos ojce ułożyli,, . Na odchodne zaśpiewaliśmy ,, Góralu czy ci nie żal,, i ruszyliśmy na szlak . Po raz pierwszy usłyszeliśmy podziękowanie za pracę.. Dotąd w domach rodzice wszyscy uważali , że praca jest naszym obowiązkiem i nam nikt nie dziękował. Zaplanowano zakończenie rajdu w Zawoi w zajezdzie Rzym . Tam się wszyscy spotkaliśmy wyjmując z kieszeni ostatnie złotówki za które kupiliśmy piwo Żywiec . Wtedy to był rarytas nie zawsze dostępny dla studentów w Krakowie. Po obiedzie z plecakami zajęliśmy miejsce w przedziałach pociągu , który był opłacony przez uczelnie organizujące rajd . Zmęczeni lecz zauroczeni piękną przyrodą Beskidu Żywieckiego opowiadaliśmy o zwyczajach miejscowej ludności tak ciężko pracującego na kawałek chleba. Jako przyszła kadra inżynierska zauważyliśmy jak strasznie niski jest poziom zmechanizowania prac u każdego bacy i właściciela pól . Również w obejściu i chałupach widoczny był brak potrzebnej instalacji wodnej, gazowej i kanalizacyjnej . Ciężka praca góralek widoczna była na spracowanych rękach , wesołej i pogodnej lecz zmarszczonej twarzy. Rajd ten pozwolił nam poznać się nawzajem zacieśnić przyjażnie a często połączyć pary na zawsze . To nie był stracony czas na naukę. Dziś gdy chętnie i z zapałem siadłem w wieku 72 lat do opisu tej młodej przygody łezka zakręciła się w oku. Wspomnę , że rok temu zorganizowałem grila na działce w altanie zapraszając koleżeństwo z roku. Była więc okazja do wspominania młodych lat i starej znajomości.               

XIV. Profesor JAN POCIEJ

Dla studentów , którzy posiadali niewielką wiedz o matematyce wyższej – poznawanie jej sprawiało wielki problem. Tak było i ze mną. Miałem wyjątkową awersje do tego przedmiotu. Byłem przekonany , że rolnikom mających pracować w sektorze rolnym przedmiot ten będzie potrzebny w minimalnym stopniu. Co inaczej w statystyce. Niestety musiałem egzamin zdać. Dokładne poznanie tego materiału odkładałem na koniec sesji. Do egzaminu przystąpiłem z marszu. Grzecznie przywitałem egzaminatora , wyciągnąłem zestaw zadań , położyłem mój indeks na katedrze ,zająłem stolik i na arkuszu zacząłem szkicować małpki i krasnale . Profesor co chwile podnosił wzrok z nad katedry i omiatał nim osoby przygotowujące się do egzaminu. Widząc mnie pochylonego i piszącego był przekonany , że ja je rozwiązuję . Myślałem jak wymigać  się od odpowiedzi. Poproszony do katedry, podeszłem pewnym krokiem, złapałem indeks i wybiegłem z sali. Za sobą słyszałem głos profesora,, ja pana poznam, pan tu przyjdzie,, . Profesor wstał i jakby zapominając o trwającym egzaminie zapewniał, że tak niegrzecznie nikt go jeszcze nie potraktował, że osobie brak wychowania i w ogóle po co studiuje. Dziś , gdybym mógł sam bym przeprosił szanownego naukowca i wychowawcę studentów. Czas wakacji poświęciłem nauce i obkuty zgłosiłem się we wrześniu na egzamin poprawkowy. Profesor każdej grupie poprawkowiczów oznajmiał , że czeka na niesfornego studenta. Ja w zmienionym garniturze i uczesaniu usłyszałem to samo. Po zdaniu egzaminu na odchodne powiedziałem ,,potępiam zachowanie studenta- jestem pewny  że się zgłosi i profesora przeprosi,,. Wszyscy dawali sobie sprawę, że trudno będzie go rozpoznać między setkami podobnie ubranych studentów. Każdy zdający egzamin poprawkowy we wrześniu już zapomniał o wybryku czerwcowym i życie biegło dalej. Dziś już stary mam duże poczucie winy a opisując zdarzenie pragnę oddać hałd profesorowi , którego matematyka i statystyka była mnie przydatna i pomocna przez wiele lat pracy. 

 

      AD 22020                                                          Jan Chodziński

 

EGZAMIN  Z JĘZ. ROSYJSKIEGO

W czasach kiedy byłem uczniem i studentem rządził wszechmocny PRL . Wychowany w duchu patriotycznym dla świętego spokoju w szkole należało zachować ostrożność w wypowiadaniu ocen historycznych. One były związane z dziejami Związku Radzieckiego, uznawanego przez socjalistów i komunistów z Polski jako wyzwoliciela i przyjaciela. Niestety nie była to prawda. Rodzice a jeszcze  częściej dziadkowie opowiadali najmłodszym chłopakom , zapalonym do wojaczki, broni i wojennych przygód o prawdziwej historii Rosji i jej następców. Sowiecki ustrój był dla Polaków nieprzyjazny co młodzież nie zachęcało do poznawania tego języka. Dotyczyło to i mojej osoby. Wolałem czytać o licznych przygodach żołnierzy lub partyzantów. Rozpoczynając studia wiedziałem , że język rosyjski będę musiał co najmniej zaliczyć. Nieprzekonany o potrzebie poznania go, nie przykładałem się do systematycznego poznania całego zakresu programowego. Tuż przed egzaminem rozpytywałem kolegów jak on przebiega . Dowiedziałem się, że pytania dotyczą organizacji politycznych i gospodarki rolnej, to mnie uspokoiło bo w technikum rolniczym poruszano podobne tematy. W terminie zgłosiłem się na egzamin, wylosowałem tematy i pytania. Indeks w czerwonej okładce położyłem na katedrze i rozpocząłem robić notatki. Nagle spostrzegłem , że pani mgr. –lektorka otwiera mój indeks i wpisuje ocenę / dostateczny/ . Wywołany do odpowiedzi zreferowałem trzy pytania. Dwa z nich do d  dzisiaj pamiętam ; ,,Znaczenie roślin w życiu człowieka,, i ,, Organizacje młodzieżowe  w ZSRR,, . Poproszony o indeks powiedziałem wskazując , że to ten w czerwonej okładce . Lektorka powiedziała , że tu leżą indeksy z wpisanymi ocenami. Po sprawdzeniu okazało się, że otrzymałem wpis już przed egzaminem. Pani spytała czy widziałem jak mnie wpisuje ocenę- odpowiedziałem , ze tak ale wiedząc , że znam odpowiedzi  na trzy , nie wyprowadzałem lektorki z błędu. Miałem fart bo egzamin był zdany i wpisany do indeksu przed tym jak wypowiedziałem słowo po rosyjsku. Od tego czasu polubiłem język rosyjski, Rosjan, Gruzinów nawet Ukraińców. Prowadziłem zawodowe wycieczki ,wymianę informacji technicznej, kulturalnej i handlowej. Zwiedziłem europejską część Kraju Rad.

 

Jan CHODZŃSKI

XV. Wspomnienia z egzaminu z Biochemii

Do tego egzaminu z sesji letniej nie podszedłem w pierwszym terminie. Po prostu nie czułem się na siłach, bowiem zakres tematyczny był bardzo obszerny i wymagał długiego przygotowania się. Prócz tego należało otrzymać zaliczenia i zdać jeszcze trzy inne egzaminy. Biochemię postanowiłem przełożyć sobie na wrzesień, ale nie uzgodniłem tego z profesorem. Dzięki tej decyzji uzyskałem wszystkie zaliczenia i złożyłem w pierwszym terminie wspomniane egzaminy. Zadowolony udałem się do rodzinnego domu, aby w ciągu dwu miesięcy douczyć się i ugruntować wiedzę.

       Pewnego dnia, pod koniec lipca, około godziny 11 stałem na młocarni i puszczałem snopy pszenicy do bębna . Młocka miała trwać około czterech godzin. Już trochę zmęczony i zakurzony spostrzegłem listonosza, który kiwa palcem na mnie. Zeskoczyłem z maszyny i podbiegłem do niego. Wskazał zwrotkę i poprosił o podpis. Zobaczyłem , że jest to list polecony z AR Kraków. Zaniepokojony otworzyłem i czytając zorientowałem się, że to powiadomienie o terminie zaległego egzaminu z biochemii. Miał się odbyć za dwa tygodnie. Ja liczyłem, że będę go zdawać za dwa tygodnie.

       Zdenerwowałem się. Pobiegłem do letniej kuchni, nalałem dużą miednicę wody i szybko umyłem się od głowy aż po stopy. Później jeszcze spłukałem się. Natychmiast, boso pobiegłem do izby w drewnianej chałupie, gdzie miałem rozłożone podręczniki z chemii mineralnej, organicznej, zeszyty z wykładów i ćwiczeń oraz podręcznik z biochemii. Po chwili przybiegła siostra i spytała co się stało. Gdy jej pokazałem telegram wszystko zrozumiała. Powiedziałem:

  - Mnie nie ma.

 Ona zaś rzuciła

 – Ja ci pomogę. -  Zaraz też wyszła.

       Siadłem i zagłębiłem się w książki, aby przypomnieć sobie wszystkie reakcje i wzory. Siedziałem dzień i noc, a rodzeństwo przynosiło mi posiłki.  Za kilka dni przyszła do mnie siostra. Powiedziała:

 – Jasiu ja ci wytłumaczę jak zapamiętać złożone wzory.

 Odparłem:

  – Powiedz jak.

 Ona, na to:

 – Napisz ich schematy i pamiętaj, jak zbudowane są proste związki organiczne. Musisz je wcześniej zapamiętać, zrób ich spis.

        Skorzystałem z uwag i wiedzy siostry, która skończyła drugi rok akademii medycznej z średnią oceną , pięć.

        Przy jej kolejnej wizycie powiedziałem:

 -Siostro jak zdam , zapraszam na lampkę wina i ciacho.  

        Po tygodniu stwierdziłem , że sporo rozumiem i mam szansę zdać zaległy egzamin. Przyznać muszę, iż miałem strasznego pietra, bo to był ogromny materiał i nie można było go poznać, bez szczegółowej znajomości obu chemii i zrozumienia procesów zachodzących w organizmie zwierząt.

       Drugi tydzień domowej nauki poświęciłem na utrwalenie wiedzy. Rodzice krzywo patrzyli na to, że w okresie najważniejszych prac uczę się, zamiast im pomagać. Nie dziwiłem im się, ponieważ  były lato.  W tamtym czasie, z braku specjalistycznych maszyn, robotę trzeba było wykonywać ręcznie, a ja byłem jedynym i najstarszym chłopakiem, który do tego się nadawał. Kolejny tydzień minął jak strzał z bata.

       Do Krakowa pojechałem autobusem. W akademiku przy ulicy Ziaji dotarłem dopiero wieczorem. Postanowiłem, że tej nocy nie będę spał, tylko zrobię sobie generalną powtórkę. Rano,  niewyspany zbiegłem do portierni i tam zemdlałem.

       Po godzinie otworzyłem oczy, a koledzy wytłumaczyli mnie co się stało. Już wcześniej poinformowali profesora o całym zdarzeniu. Na drugi dzień zgłosiłem się do egzaminatora. Na większość otrzymanych pytań odpowiedziałem dobrze. Egzamin zdałem, a gdy profesor spytał, dlaczego nie zgłosiłem się w pierwszym terminie, odpowiedziałem:

 - Przygotowywałem się do innych egzaminów, które zdałem. Aby ten zdać musiałem sobie przypomnieć podstawy obu chemii. Nie chciałem zajmować Panu profesorowi cennego czasu.    

          Po przyjeździe do domu zadowolony poprosiłem aby Basia poszła ze mną na wiejską zabawę. Ja z Basia tańczyłem i fundowałem kawę, wino i ciasteczka. Od tego czasu razem wybieraliśmy się na wieczorki taneczne. Jeden z kolegów tak się w siostrze zadużył, że z muzyką  saniami przyjechał w kawalerkę . Niestety jej nie odpowiadał bo ważył ok. 120 kg a moja siostrzyczka niecałe 50 kg. Bała się takiego niedzwiedzia.

       Muszę przyznać, że do dziś pamiętam pytania, a zdobytą wiedzę często wykorzystywałem podczas prelekcji wygłaszanych dla rolników i uczniów na kursach przysposobienia rolniczego i zespołach młodych rolników, układając  dawki pokarmowe dla zwierząt gospodarskich. Słuchaczom tłumaczyłem jaką paszę i w jakich ilościach oraz zawartości białka , węglowodanów  oraz suchej masy muszą zawierać. Musiałem zacząć od ich budowy i znaczeniu w żywieniu , przyrostach masy mięsnej lub produkcji mleka czy wełny  a nawet siły u koni. Musiałem wytłumaczyć , że dzienna dawka pokarmowa musi pokryć potrzeby pokarmowe zwierząt zapewniając ich prawidłowy wzrost i rozwój. Bez wiedzy z biochemii trudno było by to wszystko zaprezentować  aby słabo wykształceni rolnicy wszystko to zrozumieli .   

 Jan Chodziński

XVI. Jak zepsuć uroczyste przyjęcie?

  Profesor Kazimierz Kuźniar (Agrometeorologia) przeżył tragiczną śmierć jedynej córki, podobno niezwykle pięknej dziewczyny. Studiowała medycynę (lata 50-te ubiegłego wieku) i nieopatrznie weszła do laboratorium do badań antybiotyków nie zdając sobie sprawy, że jest na antybiotyki uczulona. Unoszące się w powietrzu cząstki antybiotyków spowodowały jej niemal natychmiastową śmierć. Może dlatego prof. Kuźniar był ciągle jakby smutny i przygaszony. Mówił niezbyt głośno.

Posiadał Profesor zdolności różdżkarskie i znane były przypadki jego trafnych wskazań podziemnych cieków wodnych, czy podziemnych źródeł. Byli też ludzie, którym wskazując odpowiednią lokalizację łóżka do snu w mieszkaniu, pomógł wyleczyć się z migreny, czy złego samopoczucia. Do różdżkarskich badań używał wahadełka na sznurku, które trzymał w dłoni. Nb. używał także tego wahadełka do sprawdzania prawdomówności studentów, gdy ci tłumaczyli chorobą swe nieprzygotowanie do egzaminu. Wahadełko zbliżone do studenta bezbłędnie wskazywało czy tłumaczenie się studenta jest zgodne z prawdą.

W Zalesiu - Rzeszowie otwierano „z pompą” otwarcie Zamiejscowego Ośrodka naszej Uczelni. Odbywało się to za rektorskiej kadencji Profesora Tadeusza Wojtaszka (lata 70-te ubiegłego wieku). Po uroczystym otwarciu lokalne władze zaprosiły uczestników na wystawne, uroczyste także, przyjęcie. Stoły uginały się wręcz od różnych smakołyków, wówczas dość trudno dostępnych na rynku. Otóż gdy już zaproszeni goście zasiedli do stołów Profesor Kuźniar uniósł się z krzesła i ze swym wahadełkiem w dłoni zaczął obchodzić stoły. Przedstawiciel najwyższych wojewódzkich władz pyta Rektora kto to taki. Na to wyraźnie zdenerwowany Profesor Wojtaszek odpowiada: „A to jakiś profesor”. Profesor Kuźniar kończy obchód stołów badając  wahadełkiem rozmieszczone na nich smakołyki, siada na swoim krześle i mówi: „Na tych stołach do konsumpcji nadaje się TYLKO woda mineralna”.

Reakcji Rektora i pozostałych uczestników uroczystego przyjęcia prof. Staszek Rożek mnie nie przekazał, choć był świadkiem tego wydarzenia. Można się jednak domyślać jaka to była reakcja !

 

Tadeusz Juliszewski